Życie studenta w amerykańskich filmach. Codziennie
impreza, a jak nie codziennie to raz w tygodniu gdzie alkohol leje się litrami,
kobiety nago tańczą a przypadkowy seks jest czymś totalnie normalnym. Filmy
typu „Projekt X” czy żarty o studentach, ewentualnie relacje z textsfromlastnight czy innych tego typu stronkach, gdzie ludzie wrzucają swoje
pijackie teksty pokazują nam że bycie studentem to jedna wielka impreza. Czy
tak jednak jest?
Wiem że wielu moich znajomych tak ma, że ciskają na
imprezki co kilka dni a na pewno co piątek są na grubej imprezie.
Ktoś się teraz zapyta: A co z Tobą?
Ja... No ja siedzę i piszę, rozmawiam sobie z ludźmi
i raz na miesiąc czy raz na dwa tygodnie sobie wyjdę na miasto i uchleję się w
kulturalnym towarzystwie na domóweczce czy w innych, kameralnych warunkach.
Ja nie wiem, chujowy ze mnie party animal. Gdy
słyszę słowo „klub” i „tańczenie” w jednym zdaniu to mnie wzdryga i kombinuję
jak od tego uciec. Nie wiem czy to mój strach przed zbłaźnieniem się przed
płcią piękną (ale na ogniskach wymachiwałem płonącą lagą, także to chyba nie
to)? A może chodzi o to że tańczę beznadziejnie? Ciężko mi to oceniać a i
kobiet jest mało co mi to powiedzą. Nie mam też specjalnej ochoty się przekonywać
czy to prawda czy też nie. Ale nie chodzi mi w tym wywodzie o tańczenie.
Chodzi mi o to, że GDZIE ONI WYNAJDUJĄ KASĘ NA TO.
Serio, ja tutaj ciułam grosz do grosza, trzymam blisko siebie pieniądze by
kupić sobie fajny ciuch, rzecz, zegarek czy coś a oni mają dobre ciuchy i
imprezują. Albo mają dobrych sponsorów, albo pracują. Ewentualnie dzieci
bogatych rodziców, tak też może być.
Ale też nie chcę cisnąc specjalnie po tych ludziach,
bo to często spoko człowieczki. Strasznie zmelanżowane mózgi ale dają radę!
Czasem gdzieś się uda wkręcić na zabawę czy coś i się okazuje że jest naprawdę
spoko. Szkoda tylko że mogę sobie pozwolić na coś takiego raz na miesiąc bo
potem mój portfel świeci pustkami. Jak to ktoś powiedział, przeżywa on kryzys
finansowo-seksualny – zaglądam do portfela a tam chuj.
Wracając do mojego stylu imprezowania... Ja lubię
ogarnąć sobie parę osób i posiedzieć nad Wisłą. Strzelić po drodze do niej parę
shotów w Ulubionej i dokończyć zabawę razem z setką innych osób nad naszą
piękną polską rzeką w jakże pięknej części Warszawy. Bo ja gaduła z natury
jestem. Wolę posiedzieć, pogadać, porozkminiać niż brykać w towarzystwie
kilkudziesięciu spoconych osób i pić shota w cenie 0.5, no ja pierdolę.
Co jednak z imprezami studenckimi? Zależy. Jeżeli to
plenerówka, to jak najbardziej imprezy które słyszymy od amerykańców to jest i
u nas w Polsce. Może oprócz seksu, chyba że ja o czymś nie wiem. Na taką
jeszcze nie trafiłem. Imprezy w klubach takie fajne nie są. Ale to są imprezy w
klubach.
P.S. Chciałbym kiedyś wziąc udział w Rave Party, a wy?
tl;dr Polskie imprezy plenerowe są jak amerykańskie,
tylko bez seksu. Chyba że o czymś nie wiem.


