sobota, 7 września 2013

Na integrację pora, potrzeba nam będzie defibrylatora.

Jak w tytule posta. Integracja w wykonaniu studenckim.

Czy ona wygląda tak źle jak sobie wyobrażacie.

Nie.

Gorzej.

A tak mówiąc poważnie, w dużej mierze zależy od ekipy. W zeszłym roku, jak każdy przykładny pierwszoroczniak byłem na obozie/wyjeździe zerowym/integracyjnym (skreślić wg gustu) i ekipa była wyśmienita. Była nas garstka, bo raptem 12 czy 14 osób + kadra. Alkohol lał się strumieniami, dzieci mam nadzieję się nie narodziły. Minęło trochę czasu więc wydaje mi się że nie. Chyba że coś potem się zadziało, ale to już nie ważne.

Ważne jest teraz.

Za cztery godziny odbędzie się kolejna studencka integracja mojej uczelni, różnica jest taka że jestem członkiem kadry i jednym z trzonowych organizatorów. Z jednej strony masakra straszna a z drugiej mam nadzieję że mi się to opłaci. Jak? Po prostu zwykłym fejmem. Trochę ludzi się pozna, może jakaś ekipa się sklei. Można trochę się polansować wiedzą, umiejętnościami, błysnąć czymś, spowodować że parę Pań i „dupeczek” zemdleje.

I tutaj zeskoczę na chwilę na inny tor. Napisałem „Pań i dupeczek”. Czemu? Cóż, istnieje proste rozróżnienie.
Panie – to kobiety o naturalnej aparycji, charakteru w miarę zjadliwego. Czy przystawiające się czy nie to nie jest istotne. Czy piękne czy nie tez nie jest istotne. To kobiety które jadąc w góry (ta integracja jest w górach) nie biorą ze sobą szpileczek i nie dymają na Giewont w miniówce czyniąc radochę mężczyzną schodzących za nią.
Dupeczka za to, to właśnie kobieta co zgarnia ze sobą szpileczki i co na wyprawy ma na siebie naciągnięte więcej niż wynosi roczna średnia krajowa. I ona się w nic nie bawi, nie integruje tylko jara fajki i upija się Redsem.

Na bogów, mam nadzieję że takich agentek nie będziemy mieli.

No ale cóż, przekonam się za parę godzin, a wy w przyszłym tygodniu.

Wracając do głównego nurtu. Liczę na przednią zabawę bo i kadra jest mega. Mamy dla nich parę fajnych gierek, zgarnąłem jungle speed (polecam, z ręką na sercu) i dwie inne które jeszcze pachną świeżością. Zobaczymy jak się będą bawić.

Może następnym razem na podstawie zdjęć zrobię małą reklamę?



tl;dr Za parę godzin śmigam na integrację i trochę się stresuję.


To mniej więcej będzie tak...
Chyba.

poniedziałek, 2 września 2013

Pierwszy dzień szkoły, uczyć się bawoły.

Koniec opierdalania się!

Koniec przygodnego seksu na festiwalach, obozach, pierwszych pocałunków i przykrych rozstań podczas i pod koniec i w trakcie wyjazdów. Teraz trzeba radzić sobie z podobnymi problemami w trakcie nauki.

Macie przerąbane i to zdrowo. W sumie, jak co roku więc każdy zdążył się już przyzwyczaić, czyż nie?
Narzekamy, jak cholera na to, że wakacje krótkie, że za mało wolnego czasu. A tak naprawdę najfajniej się dzieje kiedy? Jak jest już rok szkolny. Najlepsze historie kiedy? Jak jest rok szkolny.
U studentów to się jakoś równoważy. Może ciut mniej zabaw jest w wakacje, bo wiele pracuje, wyjeżdża czy imprezuje tak że nie ma czasu na niektóre imprezy.

Wracając, nawet nie wiecie jaką okrutną, straszną i podłą radość czuję, gdy widzę tych wszystkich młodzieńców idących wprost w objęcia „budy” a ja spokojnie w najlepsze sobie chrapię.

Brakuje ni tych czasów. Czasów kiedy nie musiałem być przygotowany na każdą lekcję, olanie pracy domowej to nic złego a z nauczycielem można było w trzeciej klasie pójść na browar czy wódkę. Czemu to wszystko można było a teraz nie?
No dobra, z tym pójściem na wódkę to nawet teraz łatwiej.
Teraz jest tak słabo, bo liczą się OCENY a nie to, że na końcu dobrze Ci pójdzie matura/mini-matura/test kompetencji. Jasne, obrona jest ważna ale finalnie zbierają Ci oceny z 5 lat nauki! W przypadku niektórych to będą 3.

MASAKRA.

Chcesz mieć dobrą przyszłość?
Studiuj dwa kierunki, pracuj w wakacje na pełny etat a w ciągu roku akademickiego na pół etatu i w weekendy a może dostaniesz po studiach pracę jako asystent w jakiejś podrzędnej firmie.
Co jest, świecie? Czemu chcemy mieć coraz więcej papierków, coraz więcej pseudo-umiejętności a potem i tak idziesz pracować jako doradca klienta i się okazuje że gadasz z nim jak z normalnym człowiekiem, z tą różnicą że Ty wcześniej przeczytałeś o co chodzi z produktem który sprzedajesz.

Bonus numer dwa. Coś co mi wpadło przeglądając sieć. Logika całego świata.
Wszyscy chcą mieć pracowników którzy mają min. rok czy dwa lata doświadczenia. Żeby mieć doświadczenie trzeba pracować. Żeby pracować trzeba już mieć doświadczenie.
Jasne, są staże... Ale kto będzie zapierniczał na stażu przez rok?!

Chyba...
Chyba że po to są studia że przez 5 lat robiąc trzymiesięczne staże wyrobisz sobie PIĘTNAŚCIE MIESIĘCY DOŚWIADCZENIA. Coś w tym jest.

I jeszcze coś co mi wpadło do głowy w momencie gdy miałem to wrzucać.
Nie uważacie że takie pojęcie jak „ma Pan za wysokie kwalifikacje do tej pracy” są bez sensu?
„Niech Pan wybaczy ale szukamy kogoś kto umie o wiele mniej od Pana i zrobi to za tę samą głodową pensję co Pan.”

WHAT THE ACTUAL FUCK?



tl;dr Uczniowie do szkół, studenci śpią bo szukają pracy. Rynek pracy to cnotka i nikomu się nie daje.


P.S. Pomyślałem sobie że dorzucę kolejną charakterystyczną rzecz do bloga czyli będę rymował tytuł.
Więc mam już dwie, całkiem dobry wynik.

Trochę inaczej jest w moim przypadku ale wiecie o co chodzi.


Życzę wam byście tak wbijali do szkoły.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

No dobra, teraz przesadziłem + miłosny bonus

Na bogów i inne święte postacie jak mnie tu dawno nie było. Ale postanowiłem wrócić. Chociaż czytelników tyle co kot napłakał to jednak chcę wrócić do pisania dla siebie. Czemu? Bo tu można stworzyć ogólnodostępny całkiem fajny, w zależności od umiejętności autora, zbiór przemyśleń, wymyśleń, obmyśleń, zwymyśleń i innych –myśleń.

Na cholerę to komuś, ktoś zapyta. A ja odpowiem prosto – a cholera wie. No a nuż kogoś natchnie czytając moje wypociny. Pomyśli sobie „och tak, czemu na to nie wpadłem! Napiszę o tym książkę, stanę się sławny i może nie będę dupkiem i kiedyś w wywiadzie powiem skąd wziął się mój pomysł na wielki sukces”.
Cóż... Będę tylko trochę wściekły że samemu mnie coś takiego się nie udało, ale takie już jest życie.

Twarde i wali guwnem.

Specjalnie napisałem z błędem żeby pokazać, że życie pełne jest oczywistych błędów które każdy z nas popełnia, każdy z nas je widzi... Ale i tak popełnia.
Kobiety które po tysiąckroć przyjmują w swe ramiona mężczyzn którzy nie zasługują nawet na ich spojrzenie. Mężczyźni którzy wybaczają kolejną zdradę bo „kochają”. Jakie smutne musi być życie tych ludzi. Coś o tym wiem bo sam należałem zarówno do wybaczających jak i tych co byli przyjmowani w ramiona. O tym jednak cicho i może kiedyś nadejdzie ten dzień że się rozpiszę. W każdym razie mogę powiedzieć że nie zdradziłem i zdrada u mnie to natychmiastowa czerwona kartka i fruuuu z boiska z zakazem wstępu do końca kariery (czyt. Życia).
Wracając jednak do tematu, czemu zarówno płeć piękna jak i tak która otwiera słoiki tak bardzo boi się zmiany? Dlaczego po raz kolejny dajemy szansę w tak beznadziejnym przypadku? Czemu nie odepchniemy osoby która raz nas zdradziła, oszukała czy zrobiła w konia a trzymamy ją przy sobie? BA! Pragniemy jej cały czas a potem się cieszymy że do nas wróciła?
Czy tak strasznie boimy się samotności? Czy tak strasznie boimy się że nie znajdziemy nikogo innego i pozostaniemy na zawsze sami?

Tak.

Możesz sobie mówić że wybrałeś życie singla. Możesz sobie mówić że „nie ma nikogo ciekawego z kim mógłbym być”. Zawsze jednak jest ktoś, kto jest super. A jak nie ma to rusz dupę z domu. A jak nie chcesz – od czego masz Internet? W dzisiejszych czasach masa ludzi się przez niego odnajduje! Co więcej, możesz już wtedy określić czy szukasz kumpli od ruchania czy też prawdziwej miłości! Ale z drugiej strony, nie czekaj na pieprzonego księcia z bajki czy laski z pornola, bo minie Cię kobieta lub mężczyzna którzy może nie są marzeniem, którzy może nie są ideałem. Ale dla was będą. I będą się starali ze wszystkich sił żeby być coraz lepszymi, właśnie dla Ciebie.
Rozglądaj się.
Oni mogą być wszędzie.

Może nawet są cały czas przy Tobie?

A może mieszkają daleko od Ciebie?

Zastanów się i rozejrzyj.



tl;dr Trochę o miłości, trochę o życiu, trochę o szukaniu miłości.




środa, 12 czerwca 2013

It's been a while...

Strasznie długa nieobecność. Strasznie długo wam nie bazgroliłem i przepraszam za to was.

Wszystko spowodowane jest faktem, że w przeciągu najbliższych kilku dni mam do opanowania przeraźliwie ogromny materiał i włosy z głowy sobie wyrywam żeby teraz wyrobić się w terminach.

Nie, całe szczęście to nie praca. To SESJA.

Cóż to sesja, ktoś zapyta? Wystarczy rozwinąć skrót. „System Eliminacji Studentów Jest Aktywny”. Już rozumiecie?
Totalna masakra. Nie dość że uczysz się przez ćwierć semestru, bo zwykle tyle mniej-więcej trwają wszelkie seminaria i ćwiczenia, nie dość że jeszcze na koniec masz ich zaliczenie to i tak jest ogromna szansa że spotka Ciebie sesja na koniec. Chyba po to żeby jeszcze Ciebie dobić (czyt. „Sprawdzić jak dobrze przyswajasz wiedzę”).

Część osób zapewne nie zna bólu sesji. Cóż, powiem to tak. Wyobraźcie sobie że macie egzamin co pół roku gdzie materiał jest z całego tego pół roku + książki po ok. 500-1000stron każda. Boli? Trochę. A to tylko jeden przedmiot. Ja w tym semestrze miałem 5, każdy dzielił się na od 2-4 podprzedmiotów (dziwnie to brzmi).

Są jednak plusy tego. Wszystkie matołki które nie chcą się uczyć dosyć szybko wypadają. To w końcu uczelnia a nie szkoła. Tutaj się uczysz, tutaj Ciebie uczą. Nie szkolą. Nie jesteś psem, który ma się uczyć. Tutaj się uczysz z dobrej woli. Nikt od Ciebie nie będzie wymagał. I tak będzie Ci cholernie głupio że nie potrafisz odpowiedzieć na pytanie. Będzie Ci głupiej, jak wrócisz z powrotem na swoje miejsce i znajomi będą chichotać. Czemu? Bo na studiach nauka już ma jakąś wartość. To nie gimnazjum czy podstawówka, gdzie jest totalna olewka na wszystko, a ludzi z dobrymi ocenami się piętnuje. To nie liceum, gdzie jeszcze jest lekki brak szacunku dla ludzi którzy się uczą. Tutaj już większość chce coś wiedzieć, chce błysnąć dobrymi ocenami w ten czy inny sposób (poprzez pomaganie znajomków przy pracach domowych czy też uczenie się).

Na studiach pojawia się już powoli świadomość, że jeszcze chwila i idzie się na poważnie do pracy. Skończy się balowanie i wydurnianie i wejdzie się w dorosłość.

Oczywiście, można się przed nią bronić, ale starzenie się jest nieuniknione.




tl;dr Sesja jest straszna, ale straszniejsza jest odpowiedzialność.





piątek, 17 maja 2013

Hipsteryzuję.


Wpis nie będzie szalenie długi. To będzie raczej zachęta do przeczesywania popularnego YT w celu znalezienia porządnej muzyki, która nie ma tysięcy wyświetleń.

Co ma na celu takie coś? Cóż. W dzisiejszych czasach można całkiem ładnie błysnąć mówiąc o jakimś dobrym zespole który nie jest mega znany. Dzięki temu też, możecie chodzić na tanie koncerty. Wiadomo, nie będą one tak kosmicznie zrobione jak Open’er czy inne wielkie masówki ALE gwarantuję wam, że jak dopadniecie jakąś dobrą muzykę to na koncercie będziecie się cudnie jarać.

Najpierw trzeba tylko takie znaleźć.

A polskie zespoły nie popisują się taką muzyką. Bo albo mocna alternatywa (nie każdemu to podchodzi) albo punk (mi totalnie nie podchodzi).

Świetnym pomysłem jest tzw. Random Click. Czyli wbijamy na yt, puszczamy swoją ulubioną piosenkę i z boczku, po prawej stronie wybieramy zespół który najmniej znamy. Puszczamy sobie. Nie podoba się? We have to go deeper, jakby to powiedział bohater „Incepcji”. Aż w końcu trafiamy do takich, gdzie mają po kilka tysięcy do kilkudziesięciu tysięcy wyświetleń. Można nas już nazwać hipsterami, bo pakujemy się w coś takiego. Gwarantuję wam, że wiele z tego to będzie takie gówno że nic dziwnego że ma tyle wyświetleń. Ale czasami trafią się smaczki. Takie smaczki, jak chociażby radio Majestic (a konkretnie ich kanał na YT) który ma śmiesznie mało wyświetleń a puszcza tak kosmiczne kawałki że można na spokojnie puścić sobie ich playlistę i rozkoszować się porządną, niemainstreamową muzyką.

Łapajcie poniżej linka, do pierwszej piosenki jakiej w taki sposób dopadłem. Od tamtego momentu już bardzo rzadko odpalam swoje ulubione-oklepane. Gdy siadam na komputerze to moje uszy są pieszczone nutami Paradis i innymi.

Żeby nie było, słucham nadal swoich ukochanych zespołów jak Disturbed czy The Doors, ew. Beltain czy Bieliznę. Komputer jednak to nie miejsce dla nich.



tl;dr Klikaj w przypadkowe piosenki na YT a nie pożałujesz!






środa, 8 maja 2013

W każdym z nas jest Adaś Miauczyński.


Jak jesz płatki, to wlewasz mleko do płatków czy płatki do mleka? Wyciągając słomkę z foliowej osłonki to przebijasz ją czy odrywasz górę? Papier toaletowy na uchwycie jak ma być założony? Rozwijanym do Ciebie czy do ściany? Liczysz ile razy mieszasz w kubeczku, ile ma być dokładnie cukru w kawie/herbacie i ile razy musisz machnąć solniczką żeby wyszło tak słone jak chcesz?

Zaraz przytoczę jeszcze kilka takich rzeczy, które zapewne wielu z nas robi, ale nie każdy zwraca na to specjalną uwagę. Dopiero jak ktoś spróbuje zrobić inaczej niż my chcemy to rejestrujemy takie coś. Każdy z was pewnie od razy zauważy, gdy papier toaletowy jest „nie w tę stronę”. Przynajmniej ja zawsze to widzę. Musi zawsze być rozwijany w moją stronę nie w stronę ściany i zawsze go przekładam jak jest inaczej. Nawet jak jakimś cudem trafię u kogoś do toalety.
Inna taką rzeczą jest moja zabawa w rozpinanie i zapinanie zegarka. Teraz już tak nie robię bo przestałem go nosić, ale było to dla osób postronnych wyjątkowo zabawne. Z czasem jednak ciche pykanie robiło się irytujące. Dla mnie to było coś całkowicie normalnego, że jak siadam i z kimś rozmawiam to bawię się zegarkiem.

Jak idziesz pod prysznic i musisz ogarnąć włosy, to mówisz że idziesz myć głowę czy idziesz myć włosy? A pijąc z kartonika może przygryzasz słomkę? Przeczesujesz palcami grzywkę nawet gdy siedzisz gdzieś przez cały czas i nic nie ma prawa popsuć Ci fryzury? Poprawiasz czasami okulary nawet gdy Ci nie spadają?

Kuriozalne, trywialne i bezsensowne rzeczy. Niczym zasada maksymalnego dwukrotnego strzepnięcia podczas sikania. Bo trzy to już masturbacja. Śmigał taki komiks po sieci właśnie z tą zasadą. Dosyć zabawny, swoją drogą. Nie odbiegajmy jednak od tematu.

Nie widzicie czasem w sobie, że my macie także taki mały swój Dzień Świra? Czy raczej całe życie świra? W każdym z nas siedzi taki mały, biedny Adaś Miałczyński, który mówi nam ile razy mamy każdą rzecz zrobić. Że mamy zawsze sprawdzić dwa razy drzwi tuz po tym jak je zamkniemy. Że do szklanki najpierw wrzucamy lód a później wlewamy napój. A może na odwrót? Co kto woli. Możemy to ukrywać, nie przyznawać się, mówić że to tylko przypadek. Ale koniec końców i tak to z nas wylezie, nasze durne przyzwyczajenie. Problem jest taki że ciężko z tym walczyć. Bo to nie wada. To walka z samym sobą.
Spróbuj wygrać z samym sobą.

tl;dr Dzień Świra to dla wszystkich Życie Świra.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Studenckie imprezowe życie.


Życie studenta w amerykańskich filmach. Codziennie impreza, a jak nie codziennie to raz w tygodniu gdzie alkohol leje się litrami, kobiety nago tańczą a przypadkowy seks jest czymś totalnie normalnym. Filmy typu „Projekt X” czy żarty o studentach, ewentualnie relacje z textsfromlastnight czy innych tego typu stronkach, gdzie ludzie wrzucają swoje pijackie teksty pokazują nam że bycie studentem to jedna wielka impreza. Czy tak jednak jest?

Wiem że wielu moich znajomych tak ma, że ciskają na imprezki co kilka dni a na pewno co piątek są na grubej imprezie.

Ktoś się teraz zapyta: A co z Tobą?

Ja... No ja siedzę i piszę, rozmawiam sobie z ludźmi i raz na miesiąc czy raz na dwa tygodnie sobie wyjdę na miasto i uchleję się w kulturalnym towarzystwie na domóweczce czy w innych, kameralnych warunkach.

Ja nie wiem, chujowy ze mnie party animal. Gdy słyszę słowo „klub” i „tańczenie” w jednym zdaniu to mnie wzdryga i kombinuję jak od tego uciec. Nie wiem czy to mój strach przed zbłaźnieniem się przed płcią piękną (ale na ogniskach wymachiwałem płonącą lagą, także to chyba nie to)? A może chodzi o to że tańczę beznadziejnie? Ciężko mi to oceniać a i kobiet jest mało co mi to powiedzą. Nie mam też specjalnej ochoty się przekonywać czy to prawda czy też nie. Ale nie chodzi mi w tym wywodzie o tańczenie.

Chodzi mi o to, że GDZIE ONI WYNAJDUJĄ KASĘ NA TO. Serio, ja tutaj ciułam grosz do grosza, trzymam blisko siebie pieniądze by kupić sobie fajny ciuch, rzecz, zegarek czy coś a oni mają dobre ciuchy i imprezują. Albo mają dobrych sponsorów, albo pracują. Ewentualnie dzieci bogatych rodziców, tak też może być.

Ale też nie chcę cisnąc specjalnie po tych ludziach, bo to często spoko człowieczki. Strasznie zmelanżowane mózgi ale dają radę! Czasem gdzieś się uda wkręcić na zabawę czy coś i się okazuje że jest naprawdę spoko. Szkoda tylko że mogę sobie pozwolić na coś takiego raz na miesiąc bo potem mój portfel świeci pustkami. Jak to ktoś powiedział, przeżywa on kryzys finansowo-seksualny – zaglądam do portfela a tam chuj.

Wracając do mojego stylu imprezowania... Ja lubię ogarnąć sobie parę osób i posiedzieć nad Wisłą. Strzelić po drodze do niej parę shotów w Ulubionej i dokończyć zabawę razem z setką innych osób nad naszą piękną polską rzeką w jakże pięknej części Warszawy. Bo ja gaduła z natury jestem. Wolę posiedzieć, pogadać, porozkminiać niż brykać w towarzystwie kilkudziesięciu spoconych osób i pić shota w cenie 0.5, no ja pierdolę.

Co jednak z imprezami studenckimi? Zależy. Jeżeli to plenerówka, to jak najbardziej imprezy które słyszymy od amerykańców to jest i u nas w Polsce. Może oprócz seksu, chyba że ja o czymś nie wiem. Na taką jeszcze nie trafiłem. Imprezy w klubach takie fajne nie są. Ale to są imprezy w klubach.

P.S. Chciałbym kiedyś wziąc udział w Rave Party, a wy? 


tl;dr Polskie imprezy plenerowe są jak amerykańskie, tylko bez seksu. Chyba że o czymś nie wiem.



poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Mężczyźni kucharzą.

Zanim przejdziemy do tematu, podziękowania dla tworzącej bloga Trampki są zbyt mainstreamowe Karoliny vel Hey. Która, wbrew temu co jej powiedziałem, zadecydowała się zareklamować mnie na swoim blogu. Nie pozostaje mi nic innego tylko podziękować i nie wspominać Ci więcej o moich pomysłach! *śmiech*

No dobra, to wracamy do tematu...

Że co robią? Kucharzą? Dokładnie tak. My, dumni przedstawiciele rodzaju męskiego coraz częściej łapiemy za garnki, rondelki i patelnie, przywdziewamy słodkie fartuszki z nagimi facetami i łapiemy się za łychy i szpachelki gdyż nasze kochane kobiety coraz to rzadziej gotują. Nie żebym specjalnie na to narzekał, nie żebym specjalnie nad tym ubolewał, nie żeby mnie to bolało że stoję za garnkami.
Ja to nawet bardzo lubię i od jakiegoś czasu zacząłem się tym bawić.

Nadchodzi taki moment w życiu każdej przyszłej boskiej babci że nagle już umie zrobić każdy przepis, wszystko co można sobie wymarzyć i to na dodatek z dwóch składników których Ty byś nawet nie podejrzewał że można z nich zrobić dwudaniowy obiad z deserem i jeszcze Ci do słoików nawpycha czy folia owinie. I w takim momencie taka babcia zaczyna się bawić przepisami. Na starość jej to przejdzie, ale na razie zaczyna się bawić.

Tylko czemu, do cholery, ja się czuję taką babcią? Pomijając fakt robienia mega dania z dwóch składników. Aż taki dobry to nie jestem.

Ja rozumiem, fajne to jest jak faceci gotują. Kurna, od dnia gdy zostałem, nie z wyboru, singlem to uznałem że trzeba ruszyć dupę i naumieć się gotować, bo to kobiety jara. (Mam nadzieję że się nie pomyliłem...) Wyszło? I TO JAK WYSZŁO! Ale tu nie chodzi o robienie mi autoreklamy. Chodzi o to, że coraz mniej kobiet potrafi gotować.

Serio.

Gotować. Nie robić ciasta. Ciasta to dla mnie czarna magia i nie wychodzę poza babeczki Dr. Oetkera. Za to szacun dla kobiet które to potrafią robić. 

To jest mega smutne, jak dla mnie. Moje wnuki (wybiegam mocno) nie będą tulić się do babci żeby im narobiła placuszków z jabłuszkiem tylko będą leciały do... DZIADKA. Na bogów, nie wyobrażam sobie tego, że bym jako dzieciak leciał z czymś innym niż popsuta zabawka do dziadka! Serio, może inni mieli inaczej ale ja miałem tak. Dla mnie dziadek ma być tym miłym facetem jak ojciec, tylko milszym. A babcia ma być rozpieszczającą babcią.

Dobra, ciasta was trochę ratują. Dobra babcia potrafi robić ciasta. Nie byłbym aż tak dobrą babcią.

Drogie Panie. Nie chcę być szowinistyczną, seksistowską męską świnią, od tego jest USMŚ. Ja po prostu chcę wam powiedzieć że my, mężczyźni gotujący też lubimy jak nasza kobieta gotuje coś więcej niż wodę na herbatę! Niech chociażby zna podstawy gotowania i będzie w stanie nam pomagać. Zainteresujcie się tym, bo inaczej dojdziemy do momentu gdzie kobieta gotująca to będzie cud!

Dobra, trochę narzekam na to. Po prostu miło by było gdyby Panie nas wspierały w tym, gotowały z nami, wpadały na pomysły co można ugotować!

Nawet szurnięte pomysły.

Te szurnięte często są całkiem dobre.

(polecam sznycle z indyka wypełnione brie i na to zimny, własnymi łapkami robiony mus jabłkowy)


tl;dr: Kobiety, gotujcie! My chcemy gotować razem z wami a nie być konkurencją czy przejmować teren!


wtorek, 2 kwietnia 2013

Słowo pisane czyli coś o natchnieniu.


Natchnienie. Rzecz pożądana, kochana i czasami także znienawidzona przez osoby o mniejszych bądź większych umiejętnościach pisarskich. Wiadomo czemu kochana i pożądana ale czemu znienawidzona? Cóż, ja to widzę tak, że gdy napisze coś pod pełnym flow, natchnienie będzie się wręcz ze mnie wylewać litrami to potem wszystko co napiszę gdy ono mi się skończy wydaje mi się... beznadziejne. Takie bleh. Miętkie i mętne. Nudne, prostolinijne i inne nędzne zwroty. Co robić więc gdy natchnienie nas unika, albo sami się go pozbyliśmy? Co robić gdy czujemy potrzebę napisania, mamy wizję a siadamy i oglądamy koty na YouTube czy ripostuj, kwejka czy inne pierdoły. Nie zaprzeczać, wiem że tak jest. Sam tak często mam.
Jak jednak z tym walczyć? Jak przemóc się i napisać a potem nie wywalić tego?
Odpowiedź jej prosta i idiotyczna.

Pisać.

Tak, trzeba po prostu pisać. Dużo pisać. Wiele projektów na raz pisać. Opowiadań, opisów i innych pierdół. Warto się zainteresować grami fabularnymi. Nie mówię tu tylko o sesjach RPGów bo tutaj ciężko znaleźć ekipę i tutaj trwamy nadal w stereotypie ekipy prawiczków z długimi, przetłuszczonymi włosami i pryszczami na twarzy. Wystarczą chociażby internetowe gry fabularne. Kroniki Fallathanu czy Legenda Zielonego Smoka. Nie jest to może cholernie ambitne ale może być dobrym motywem do ciągłego pisania. Długo? Krótko? Nieważne, ważne żeby pisać.

Dobrą pomocą dla pisarzy może być tez muzyka, warunki, klimat, temperatura i stan umysłu. Pisanie na lekkim rauszu jest trudne i często wychodzą głupoty. Papierosy otumaniają zbytnio a trawka wyłącza logikę ale wspiera kreatywność. O reszcie nic nie wiem.

Muzyka, o której już wspomniałem, jest cholernie istotna. Motyw walki? No to jakaś mocniejsza. Spokój? Polecam muzykę z gier fabularnych, z Wiedźmina jest cudowna no i to nasz rodzimy twór.
Temperatura w sumie tyczy się tego samego, chociaż ja głównie preferuję chłód, jako że wtedy palce trochę przemarzają, wolniej się pisze a i trzeźwiej myśli.

Nie chcesz się bawić w gry na necie? No to musisz sobie jakoś inaczej poradzić. Oglądaj sobie obrazki przedmiotów w necie, najlepiej domków czy statków i opisuj je. Zaczynając od wyglądu zewnętrznego co jest banalne aż po zagłębianie się. Ostatnio wypróbowałem i jest serio pomocne. Tak trochę wymusza flow. Jest ono oczywiście słabsze niż te naturalne ale zawsze coś, nie?

Prowadź wiele projektów na raz! Nie wiesz co napisać dalej? Przeskakuj do kolejnego! Zmuszaj się, walcz z lenistwem TWÓRZ DO CHOLERY JASNEJ. Zaprzeczmy stereotypowi że przeciętny polak czyta pół książki na rok. Pokażmy że może i przeciętny polak czyta pół ale tworzy całą na rok! Dobra, wiem że to nierealne taka kombinacja ale kurna, do roboty! Mamy piękny język, bogate słownictwo RÓŻNORODNE bo możemy korzystać zarówno z dóbr archaizmów jak i współczesnych zwrotów czy nawet zwrotów z innych języków i nadal będzie to czytelne i do zrozumienia!

Korzystajcie z naszego języka, chwalcie go. Możecie czasami kaleczyć, mylić się, to zrozumiałe ale nie obawiajcie się go używać. Korzystać z cudnych, kwiecistych słów i zwrotów!

I idźcie z prądem, moi drodzy pisarze i pisarczycy!


tl;dr Najważniejsze to pisać i to pisać jak najwięcej!



piątek, 8 lutego 2013

Zaczynamy od początku z grubej rury, czyli butthurt ludzi z i spoza Warszawy.

Nie będe się rozpisywał kim jestem, co robię, gdzie mieszkam czy whatever. Nie widzę w tym potrzeby a będzie można to wszystko powoli wywnioskować z moich postów.
Na końcu każdego z postów będę zamieszczał tl;dr (too long; didn't read) czyli dla tych co nie lubią czytać wszystkiego a tylko zerkają po łepkach. Takie ułatwienie dla was.
+ na koniec będzie obrazek związany jakoś z tematem.

To jedziemy.

Dzisiaj radośnie przeglądając facebooka natrafiłem na tak genialne i pełne miłości miejsce jakim jest fanpage "Nie jestem z Warszawy!" ( https://www.facebook.com/niejestemzwarszawy ). No to ja, jako osobnik zarówno lubiący to miasto jak i nie będący w niej od urodzenia do razu zainteresowałem się, co też takiego ludzie nienawidzą w tym mieście. Cóż...


Z jednej strony mega ataki na Warszawę a z drugiej mega ataki Warszawiaków (mniej lub bardziej rodowitych) na resztę. Postanowiłem więc to zacnie skomentować, co zamieszczam poniżej tylko w ulepszonej, bardziej przemyślanej i mniej internetowej wersji.

Podzieliłem tamtejszą grupkę społeczną na trzy części:

Strona numer jeden, dla tych którzy zachwycają się Warszawą.
Przestańcie cisnąć innym miastom. Ja naprawdę lubię Warszawę i ciężko by mi było żyć gdzieś indziej niż tutaj, ale to wcale nie oznacza że będę tłukł i rzucał mięsem każdego kto przyjechał tutaj się uczyć/pracować. A tak często robicie, co fajne nie jest ani też sensowne. Taka walka z wiatrakami. Przy okazji, mówiąc o tym jaka Warszawa cudowna i wspaniała po prostu kłamiecie. Nie jest wspaniała i cudowna też niezbyt. Ma swój urok ale jak kurna każde miasto. NIE CZYNI JEJ TO WYJĄTKOWEJ.
jedyny ogromny props to to, że ludzie są naprawdę spoko ALE nie oznacza to że wszyscy.

Strona numer dwa, dla tych którzy nienawidzą Warszawy ALE w niej nie mieszkają. Co wam ona przeszkadza? Boże, ja rozumiem że jak trzeba załatwić ważne dokumenty czy dostaje się awans to warto się do niej przenieść. W końcu do cholery tam są siedziby większości dużych firm. ALE TAK JEST W KAŻDYM KRAJU. Tylko u nas, w naszej kochanej Polszy ludzie się spinają o to. Co by zmieniło, gdyby Warszawa przestała być stolicą? Piłsudski by powstał z grobu i przetrzepał polski rząd? Litości.... Nie rozumiem o co się spinacie. O ludzi? Że są zadufani? Spójrzcie na tych ze swoich miejscowości!

Strona numer trzy, czyli Ci którzy nienawidzą Warszawy a w niej studiujecie... No brak mi słów. Po cholerę tutaj jesteście? "O BOŻE ALE TA WARSZAWA CHUJOWA A JA MUSZE SIĘ W NIEJ MĘCZYĆ I SIĘ UCZYĆ" żeby mieć przyszłość i potem co zrobisz? Wrócisz do swojego miasteczka i otworzysz sklep spożywczy? Albo będziesz mieszkał gdzieś za Warszawą i codziennie dojeżdżał, byleby w niej nie mieszkać?

Ludzie, kurna. Ogarnijcie się. Ja rozumiem że mój tekścior nie trafi raczej do nikogo. Nikt nagle się nie walnie w czoło i powie "No tak, gość ma rację". Nazwijcie mnie beznadziejnym marzycielem, lecz może ktoś się znajdzie kto złapie refleksje i pojmie swoje błędy?
W każdym bądź razie, czy to ma kurna znaczenie z jakiego miasta pochodzę? Serio?.. Jak ktoś z zagranicy was się pyta skąd jesteście to mówisz że jesteś z Krakowa, Bydgoszczy, Warszawy czy Zimnej Wódki? Nie. Mówisz że jesteś z Polski.
I w imię tego w co każdy z was wierzy lub wyznaje lub jest dla niego autorytetem, czujmy się jednym narodem a nie rozdrabniajmy, nie zachowujmy się jakby znowu wpadło rozbicie dzielnicowe ;d Historia pokazała że nie ma tym nic ciekawego.

tl;dr Kolniak robi hejty na wszystkie strony i zwołuje do jedności.